Jak upadają przywódcy?

Kiedy w drugiej połowie XVIII wieku amerykańscy Ojcowie Założyciele tworzyli współczesne supermocarstwo zadali sobie trud poznania systemów politycznych wielu ówczesnych państw. Po swoich dwóch kadencjach, będący w gąszczu ataków, pierwszy Prezydent USA G. Washington postanowił nie ubiegać się o reelekcję. Choć jako zasadę konstytucyjną przyjęto to dopiero w trakcie prezydentury H. Trumana (w 1951 r.), to tylko jednemu z przywódców Stanów Zjednoczonych Ameryki udało się pełnić rządy dłużej niż maksymalnym ramom czasowym, które nakreśliło urzędowanie Washingtona. Tym Prezydentem był F. D. Roosevelt, który został wybrany na cztery kadencje (ostatniej niedokończył – zmarł). Ta zasada została także przyjęta w polskiej Konstytucji. Podobne ograniczenie kadencyjności przyjął polski Parlament w styczniu 2018 r. wobec wójtów, burmistrzów i Prezydentów miast.

Pod koniec 2017 r. autorzy projektu ustawy w następujący sposób uzasadniali takie uregulowanie:

„Wprowadzenie ograniczenia w sprawowaniu urzędu wójta, burmistrza, prezydenta miasta ma na celu m.in. wykluczenie zjawisk niepożądanych. Takimi zjawiskami może być powstanie szerokorozumianych powiązań korupcjogennych, powstawanie grup interesów, niekoniecznie związanych z rozwojem gminy czy miasta. Wprowadzenie limitu dwóch kadencji spowoduje również usprawnienie pracy wójta, poprzez intensyfikację jego prac w okresie kadencji, w zakresie przeprowadzenia wszystkich zaplanowanych pomysłów na rozwój społeczności lokalnych. Limit dwóch kadencji pozwoli również na nadawanie nowych impulsów do rozwoju gmin i miast.”

Druk 2001 – projekt ustawy

Nie ma tu jednak słowa o tym co dla mnie (choć należę do przeciwników podobnych regulacji) mogłoby być fundamentalnym uzasadnieniem dla wprowadzenia takiej zasady. Chcę powiedzieć co nieco o problemie arogancji władzy, zamykaniu na merytoryczny krytyczny głos, czyli ogółem o tzw. „syndromie oblężonej twierdzy”. Nie ma jednak ogólnej reguły kiedy on u osób na stanowiskach się pojawia. I nie ma też zasady, która by oznaczała, że problem dotyczy tylko władzy publicznej. On może dotyczyć każdego zarządzającego.

Znam przypadki rządzących, którzy już podczas swojej pierwszej kadencji wykazywali się niebywałym chamstwem, zamykali na głos obywateli czy prowadzili swoje pozbawione cienia merytoryki wojenki. Uważam, że gdy u rządzących pojawiają się takie zjawiska oznacza to, że dobiega końca ich termin przydatności dla społeczeństwa w roli, którą pełnią. Jednak najgorsze co w tym wszystkim jest to to, że to sytuacja loss-loss dla społeczności, której służy decydent. Tu wystarczy trochę psychologii, marketingu politycznego aby takiego aroganta zdjąć ze stołka a strategia polityczna, strategia rozwoju, która powinna na pierwszym planie staje się dodatkiem, do którego mało kto wówczas zagląda.

Co może powodować, że rządzący zamknie się na głos płynący ze strony społeczeństwa a nawet merytoryczny, ale krytyczny głos życzliwych mu osób? Na pewno jakiś element odgrywa ta niesprawiedliwa, niemerytoryczna krytyka, której z pewnością również doświadcza. W szczególności od czasów Internetu 2.0 to nasze podstawowe źródło informacji stało się nie tylko bramą do wiedzy i rozwoju, ale również wrotami do wysypiska śmieci. Znajdują się w nim zarówno mądre naukowo treści jak i totalne pomówienia i hejt pisane przez osoby, które nie mają podstaw merytorycznych.

A gdy dotyczy on rządzących, to naturalne, że w pewnym momencie zaczyna w osobach wypowiadających się krytycznie widzieć samych przeciwników i niekoniecznie tam gdzie oni tak naprawdę się pojawiają. Także w związku z tym (choć równie dobrze może to być samoistne) rządzący może zamknąć się w swojej bańce i uwrażliwić się na głos klakierstwa czy pewnych grup interesów deklarujących swoje wsparcie. Także na pewnym etapie może być przeświadczony o swojej wyjątkowości bazującej na poczuciu geniuszu poltycznego, szczególnych walorów intelektualnych czy swoistych układów towarzysko-politycznych. Słowem jest to przeświadczenie o cechach, których z całą pewnością nie posiada zdecydowana większość zwykłych ludzi. I tu pochłania taką osobę arogancja, niejednokrotnie arogancja intelektualna, która jest zaprzeczeniem pokory. To naturalna pokora, ze zrównoważoną pewnością siebie, jest antybiotykiem na chorobę „oblężonej twierdzy”. Choć od dziecka nas uczono, że „pycha kroczy przed upadkiem”, to ludzie na wysokich stanowiskach często o tym zapominają.

Warto tu wspomnieć także o dwóch ciekawych przypadkach z historii. Ludzie władzy często rozpamiętują się w upokorzeniach i dążą do zemsty na tych, od których doznali swoich upokorzeń. Ze szkodą dla ogółu. Podczas przegranej przez najeźdźców Bitwy Warszawskiej upokorzony przez Tuchaczewskiego poczuł się Stalin, który nie przerzucił swoich oddziałów pod Warszawę, co doprowadziło do klęski. Tak głęboko żywił swoją urazę, że 17 lat po tym wydarzeniu doprowadził do śmierci wybitnego radzieckiego oficera. Inne wydarzenie ukazuje nam film, który zdobył aż 7 statuetek Oscara o wybitnym naukowcu Robercie Oppenheimerze. Sztylet w plecy ojcu bomby atomowej wbił Lewis Strauss, który przez lata rozpamiętywał upokorzenie jakiego doznał przez wystąpienie Oppenheimera negujące w prześmiewczy wręcz sposób jego pomysł zablokowania eksportu izotopów promieniotwórczych do Norwegii. Ostatecznie Strauss doprowadził do pozbawienia certyfikatu bezpieczeństwa dla fizyka między innymi ze względu na insynuacje dotyczące jego związków z komunistami. Także ku szkodzie dla ogółu. Czy w ogóle upokarzanie lub małostkowe rozpamiętywanie tych upokorzeń jest potrzebne?

Dlatego należy codziennie mieć przed oczyma pewien cytat, który wyraził inny niż wspomniany na wstępie Ojciec Założyciel:

„Wygląda na to, że niektórym wydaje się, iż powrót na łono społeczeństwa jest uwłaczający dla osób sprawujących władzę państwową. To pozostaje jednak w sprzeczności z zasadami republikanizmu. W wolnym kraju rządzący są służącymi, a ludzie ich przełożonymi i suwerenami. Dlatego też dla rządzących powrót między ludzi nie umniejsza ich, ale wywyższa”

Benjamin Franklin [w:] Kuba Ryszard Gąsiorowski, Projekt Ameryka. Stany Zjednoczone od rewolucji do wojny secesyjnej, Wolters Kluwer, Warszawa 2018

W istocie słowo „minister” ma swoją etymologię w łacinśkim ministrare, które oznacza służenie. I im dalej tej służby czy wykonywania swojej misji jest decydent, tym bliżej do jego upadku.

* Ilustracja wygenerowana przy użyciu modelu AI z Copilot Desingera.


Komentarze

Dodaj komentarz