kp·Kacper PawłowskiPROGRAMISTA · PRAWNIK · WATCHDOG
← Wróć do dziennika

Konstytucyjny mrok

W ostatni piątek października doszło do sytuacji bezprecedensowej. A. Korwin-Piotrowska, jedna z "nowych" sędziów TK, „zarządziła przerwę w czynnościach sędziego” na miesiąc wobec urzędującego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz jego zastępcy. Sędzia, której Prezydent uniemożliwił złożenie ślubowania a w sukurs za tym Prezes TK uniemożliwił orzekanie, dokonała tego za pomocą przepisu, którego stosowanie w przypadku sędziów TK jest mocno kontrowersyjne. O ile nawet przepis z ustawy o sądach powszechnych można byłoby zastosować, to o tyle osobliwy był fakt, że adresatem normy prawnej byli wyłącznie Minister Sprawiedliwości lub Prezes Sądu. Wywołało to protesty pod gmachem instytucji znajdującej się przy alei Szucha w Warszawie. I na nowo rozpaliło ogień polaryzacji politycznej w polskim społeczeństwie.

We wtorek było jeszcze ciekawiej. To na ten dzień pani sędzia zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Po to aby przyjąć budżet TK na nowy rok i po to aby przydzielić składy sędziowskie do rozpatrzenia zasadności de facto zawieszenia Prezesa i wiceprezesa. Pojawił się jednak problem, bo ósemka "nowych sędziów" potrzebowała do quorum jeszcze 2 sędziów. Innymi słowy potrzebowali dwóch osób z grona wybranego przez rządy Zjednoczonej Prawicy. Wtedy ekwilibrystyka prawnicza posunęła się do tego stopnia, że sformułowanie "ogólnej liczby sędziów" zostało zinterpretowane w taki sposób, że do liczby można było nie wliczać tych, którzy zostali zawieszeni oraz sędziego, który został wybrany przez Sejm na miejsce zajęte przez sędziego Hausera wybranego w październiku 2015, od którego Prezydent Andrzej Duda nigdy nie odebrał ślubowania. Gdy z liczby 15 zrobiło się 12, to pozwoliło to obradującym osiągnąć liczbę 8, bo ustawodawca posiłkował się ułamkiem 2/3 ogólnej liczby sędziów. Eufemistycznie mówiąc kolejna mocna kontrowersja.

I tak właśnie na całej palecie kontrowersji począwszy od 2015 roku zbudowane jest działanie Trybunału Konstytucyjnego. Zaczęło się od R. Kropiwnickiego, posła z Legnicy, który był sprawozdawcą ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i wpadł na „genialny pomysł” aby Sejm VII kadencji dokonał wyboru 5 sędziów TK. Rzecz w tym, że o ile trzem sędziom ustępującym kadencja upływała kilka dni przed końcem kadencji parlamentu, to dwóm kolejnym niecały miesiąc po. Wybrano 5. Wykorzystał to PiS, który wymyślił, że Sejm podejmie uchwałę o braku mocy prawnej uchwał Sejmu poprzedniej kadencji i wybierze na nowo piątkę sędziów, z których miał prawo wybrać wyłącznie dwóch. I w taki właśnie sposób PiS wybrał trzech tzw. „sędziów-dublerów”.

Potem była cała masa paralegalnych decyzji większości rządzącej, które umożliwiły spacyfikowanie i szybkie przejęcie Trybunału a Trybunał przestał być przeszkodą w rządzeniu. Po zmianie władzy nowa koalicja rządząca dość długo zwlekała z wyborem sędziów TK mimo, że w pewnym momencie powstało aż 6 wakatów. Wybrano ich na raz, co znowu budziło kontrowersje i to po stronie tych, którzy po upływie kadencji STK prof. L. Kieresa zwlekali 200 dni z wyborem jego następcy, co de facto wydłużyło koniec kadencji tej osobie. Już wtedy można było podejrzewać, że będzie to przyszły prezes TK i tak się stało. Po wyborze 6 nowych sędziów w obecnej kadencji Prezydent postanowił odebrać ślubowanie wyłącznie od dwójki z nich, pozostała czwórka ślubowała przed Sejmem mimo, że ustawa stanowi „wobec Prezydenta” to zdecydowano się na ślubowanie w Sejmie i przesłanie do Kancelarii Prezydenta podpisanego tekstu ślubowania. Potem wybrano jeszcze jednego sędziego, od którego Prezydent odebrał ślubowanie i kolejnego, od którego nie odebrał. W sferze stosowania prawa powstała więc de facto „kompetencja” Prezydenta do zatwierdzania wyboru sędziów TK, która nie ma podstaw w żadnym akcie normatywnym na czele z Konstytucją. Jest to de facto rozwinięcie tego co Andrzej Duda zrobił w grudniu 2015 r. Chaos prawny się spotęgował.

I tu właściwie rozpoczyna się to co mnie najbardziej przeraża. Trybunał Konstytucyjny jest nazywany przez H. Kelsena „negatywnym ustawodawcą”. To jedyny organ poza władzą ustawodawczą władny do tego aby wyeliminować z obrotu prawnego ustawę. Prowadzi do oczywistego wniosku, że TK jest władny (w ograniczonym rzecz jasna zakresie) zmieniać stan prawny. A skoro wobec takiego TK jest kontrowersja z jego należytą obsadą a także kontrowersja co do tego kto rządzi tym TK, to można się obawiać, że po zmianie władzy normy, które wyeliminowane zostały przez wyroki ósemki „nowych”, mogą być traktowane przez kolejnych rządzących jako dalej obowiązujące. A jeżeli ta władza nie ma nawet życzliwości Prezydenta, to co zrobi władza, która przyjdzie po niej a będzie miał dobre relacje z Prezydentem?

Wydaje się, że nasza klasa polityczna, która chce układać Trybunał Konstytucyjny po swojemu zapomina, że Konstytucja zaczyna się od preambuły a w części normatywnej otwiera ją artykuł pierwszy:

"Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli."
Ta jednostka redakcyjna zawsze pozostawała w cieniu tzw. „dwójki”, czyli zasady demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej, z której to zasady wyinterpretowano kilka kluczowych zasad konstytucyjnych, m.in. zasadę odpowiedniego vacatio legis, zasadę ochrony praw słusznie nabytych i ekspektatywy maksymalnie ukształtowanej, zasadę lex retro non agit czy zasadę zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa, zasadę pewności prawa. 

I właśnie te dwie ostatnie zasady są najbardziej poturbowane przez to całe zawłaszczanie Trybunału. Największy dramat, który zapoczątkowali nieodpowiedzialni ludzie z obydwu partii i ich „zgód”, polega na tym, że następny rząd uzna nie tylko, że TK nie ma, ale uzna, że wyroków TK nie ma albo że są (w zależności od tego co będzie wygodne). 

Kilka lat temu wyrok TK umożliwił wygaszenie kadencji Krajowej Rady Sądownictwa i wybór nowego składu tego organu mającego fundamentalny wpływ na proces powoływania sędziów. To od tej zmiany mówimy o tzw. „neosędziach”. A wyroki „neosędziów” bywają kwestionowane i największe konsekwencje ponosi wówczas zwykły obywatel. Kowalski, który dziś idzie do sądu bierze na siebie ryzyko prawne dot. ważności wyroku sądowego (!) bo orzekający jest tzw. neosędzią (!!). Podejmując decyzje w oparciu o stan prawny zmieniony wyrokiem TK bierze na siebie ryzyko czy ten stan prawny nie zmieni sama… zmiana władzy. Idzie on do sądu, dostaje prawomocny wyrok a potem się okazuje, że ten prawomocny wyrok jest mniej warty niż papier, na którym go wydrukowano. W publicznym gmachu sądu orzekał sędzia z listy, którą można znaleźć w oficjalnych źródłach a po jakimś czasie okazuje się, że to „nie-wyrok”.  Cierpią zwykli ludzie...

Jednak co się dziwić gdy w grę wchodzi polityczny egoizm i polityczny monopol. Każda decyzja gdy w grę wchodzi Trybunał, w tym wyboru sędziów, ogranicza się tylko do tej części bliskiej tym, którzy w danej chwili rządzą. Rządzący od co najmniej 2015 roku widzą w Trybunale tylko siebie i swój elektorat. Zapominają o tym „dobru wspólnym”. Wybór „reformatorów” też wzmacnia spór. Ograniczając się do obecnej kadencji, to za naprawę odpowiada obecnie Minister Żurek, u którego obywatel może się doszukiwać poczucia krzywdy po rządach PiS (odwołanie ze stanowiska). Za naprawę TK wzięła się za to sędzia Korwin-Piotrowska, która również w czasach rządów PiS została odwołana ze stanowiska. Na poczuciu krzywdy (rzeczywistej czy urojonej) ciężko zbudować racjonalną naprawę, więc wybór osób odpowiedzialnych za reformę powinien brać pod uwagę także tego typu wrażliwe kwestie… Łatwo tu zbudować konflikt.

W tematach, które tak silnie oddziaływają na cały system prawny, tym bardziej przy niesamowitej polaryzacji i braku realnej możliwości naprawy skutków na ścieżce legislacyjnej, powinna być chirurgiczna precyzja i konsensus świata prawniczego co do legalności przyjętych rozwiązań. W przypadku Trybunału Konstytucyjnego czy reform sądownictwa tego niestety nie ma. Pojawiają się częste zarzuty, częste kwestionowanie. A gdy jedna ze stron (w zależności od konkretnej sytuacji jedna bądź druga) będzie narzucać rozwiązania, które budzą poważne wątpliwości co do legalności, to można to przyrównać do brania pożyczki na sfałszowany dowód w najdroższym parabanku aby zrealizować potrzebę chwili obecnej. Dlaczego na sfałszowany dowód? Bo to my zapłacimy za to rachunek a nie ci politycy. Nasza klasa polityczna nie tylko w kwestiach stricte prawnych, ale także w kwestiach gospodarczych a także w każdej innej ma problemy z systemowym myśleniem. Antycypowanie skutków pośrednich, długookresowych jest rzadkością. W kontekście gospodarki H. Hazlitt często powtarzał, że rządzący nie dostrzegają skutków niebezpośrednich swoich decyzji i że za ich decyzje płacą obywatele. Tu w przypadku prawa jest tak samo.

Kwestie trybunalskie, kwestie neosędziów to nie jest abstrakcja, ale to są ludzkie dramaty. To jest też burzenie autorytetu naszego państwa na arenie międzynarodowej. Czy ktoś jest w stanie powiedzieć ile gospodarczo straciliśmy na tym, ze możemy uchodzić za państwo o nieprzewidywalnym systemie prawnym?

Przy tej kulturze prawnej społeczeństwa jaką obecnie mamy, to przyszła Konstytucja będzie musiała zawierać ustawy organiczne (przyjmowane większością kwalifikowaną ustawy wymienione w Konstytucji) i szerokie kompetencje publicznoprawne Sądu Najwyższego, np. zastępczą publikację orzeczeń sądu konstytucyjnego, kontrolę prawidłowości powołań etc. Warto tutaj zwrócić uwagę na zdanie odrębne do jednego z wyroków autorstwa prof. Leona Kieresa:


Wrocławski wybitny prawnik jasno wskazał na brak w przepisach konstytucyjnych mechanizmu kontroli powołań. Brak jest przy tym konstytucyjnego mechanizmu do zdyscyplinowania Prezydenta do odbioru ślubowania (o którym Konstytucja nie wspomina), jak i Prezesa TK do dopuszczenia takiego sędziego do orzekania.

Obecny tekst Konstytucji pokazał, że gdy odpowiednia polaryzacja połączy się z silniejszą od rzeczywistych kompetencji wolą polityczną, to „metodą faktów dokonanych” można zmienić ustrój. Bez zmiany choćby przecinka w tekście ustawy zasadniczej. Ostatnie lata pokazały też jak kultura prawna w naszym społeczeństwie sięgnęła bruku i jak mocny jest dualizm prawny. Do tego stopnia, ze poważni ludzie potrafią twierdzić, że sędzia M. Berek jest „dublerem”. Rzecz jednak w tym, że nie da się być dublerem w sytuacji, w której przed wyborem danej osoby do TK był wakat. Sędzia Piskorski, po którego wygaśnięciu kadencji M. Berek został sędzią był uważany za dublera, bo zajmował miejsce przynależne sędziemu Ślebzakowi po tym gdy został wybrany po śmierci sędziego Morawskiego. Rzecz w tym, że zarówno kadencja Ślebzaka (listopad 2024) jak i Piskorskiego (wrzesień 2026) się zakończyły zanim sędzią został M. Berek. Teoretycznie więc dla obydwu zwaśnionych stron to powinna być sytuacja klarowna.... a nie jest. Pomijam już inne poważniejsze zarzuty dot. powołania sędziego M. Berka - skupiłem się tutaj na tym, który jest akurat absurdalny. To sugeruje, że ciężko będzie znaleźć konsensus, ale też pokazuje, że bez niego dalej będzie chaos zależny od tego kto w danej chwili będzie dzierżył „klucze od Polski”.

Ten konstytucyjny mrok przeraża mnie tym bardziej gdy widzę analogię do dwudziestolecia międzywojennego i sporów o legalność przyjęcia Konstytucji kwietniowej. Te spory w lipcu 1944 posłużyły do odrzucenia przez komunistów Konstytucji kwietniowej, ale także dzięki temu do podważenia całej ciągłości władzy państwowej. Dziś nieodpowiedzialna klasa polityczna, kłócąc się co do tak fundamentalnych spraw jak to jak wygląda obsada kluczowych organów, naraża nas na podobne ryzyka. W czasach, w których za naszą wschodnią granicą toczy się pełnoskalowa wojna a nasz kraj jest celem działań hybrydowych powinniśmy razem wzmacniać naszą państwowość a nie wykręcać kolejne ustrojowe bezpieczniki.